były urodziny. Moje 24. Obchody tygodniowe jakby to już ćwierćwiecze było. Mąż rozpieszczał mnie do granic możliwości. I smsy z życzeniami były, i prezent, i dodatkowe wyposażenie mojej szafy, i oscypek w połączeniu z pachnącym drożdżowym ciastem i odrobiną żurawiny, litry starannie wybranego wina, delikatne pocałunki, długie rozmowy, wariackie poranki. I wydawało mi się, że taki stan rzeczy powinien trwać wiecznie. Że dwoje kochających się ludzi powinno okazywać sobie radość, troskę na każdym kroku. Potem więc był smutek i rozżalenie z powodu obojętnego tonu głosu, braku błysku w oku, braku entuzjazmu na mój widok.
Ale potem przyszła refleksja.
Co prawda te bardzo radosne, zapadające w pamięć chwile zdarzają się nie na codzień, ale przez to właśnie są tak bardzo wyjątkowe.
Więc czekam, aż wróci z pracy. Żeby mógł się odprężyć. Odpocząć. Przy mnie. W końcu jak to mawia sam mój małżonek… my naprawdę jesteśmy dobrze dobrani. Pasujemy do siebie. Czasami potrzeba minuty, dwóch żeby ochłonąć. Czasami potrzeba samotności. A potem ta ukochana przeze mnie czułość w jego głosie powraca. Więc czekam.
…i wyjadam orzechy z czekolady, która wygląda już jak ser szwajcarski…

