Trzymajcie kciuki! Zmykamy! Odezwiemy się jutro. No, może pojutrze
.
Z pozdrowieniami, Mysza Klapsiara
Było cudnie! Tyle emocji i wrażeń, że aż trudno je zebrać i opisać. Wszystko odbyło się tak, jak chcieliśmy i sobie wymarzyliśmy. Pewnie że nie odbyło się bez stresu, ale w obliczu tego, co działo się między nami, te parę nerwowych chwil błyskawicznie poszło w niepamięć
. Ale może od początku…
Zdenerwowanie udzieliło nam się już w piątek, dzień przed ślubem. Może to przez spowiedź, może przez spotkanie z proboszczem i podpisane dokumenty, może nieco przez pogodę, która jak na złość pogarszała się z każdą minutą. Miałam wrażenie, że czegoś nie dopilnowaliśmy, nie przygotowaliśmy. I w sumie miałam rację, bo ostatecznym usadzeniem gości przy stole chociażby zajęliśmy się o godzinie 23,
Dzień ślubu powitał nas piękną burzową chmurą i potwornym wiatrem. Ale buty pozostawione na noc na parapecie spisały się dobrze.
Przez cały dzień nie spadła ani kropelka deszczu, podczas sesji plenerowej zaświeciło nam nawet słońce. Teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że pogoda była bardzo dobra – goście nie byli zmęczeni, a i my nie rozpływaliśmy się z gorąca.
Zaliczyliśmy parę wpadek i utrudnień, a jakże! Podczas porannego czesania wsuwki jak na złość nie dawały się wpinać, chociaż przy okazji próbnej fryzury wchodziły jak w masło
, dzień wcześniej nie udało nam się dotrzeć na zabiegi upiększające moje paznokcie, sukienka nieco opadała i jeszcze przed ceremonią została przyozdobiona pięknymi śladami podeszw jeszcze-Narzeczonego, podczas podchodzenia do ołtarza potknęłam się o krawędź dywanu i tak dalej i tak dalej… Jest co wspominać i opowiadać innym
Ale miała być relacja
, więc do rzeczy.
Błogosławieństwo odbyło się u mnie w domu. Były łzy wzruszenia, były życzenia, pierwsze zachwyty. Do kościoła pojechaliśmy przecudnie udekorowanym (tutaj ukłony po raz pierwszy dla pani kwiaciarki) chryslerem w kolorze majonezu dwujajecznego
. Kierowca nie mógł się nadziwić, ile wizytówek rozdał po drodze. Ale trudno się dziwić. Całość bowiem komponowała się fantastycznie. Mam nadzieję, że niedługo dotrą do mnie zdjęcia, gdzie uwieczniono to małe cudo, wtedy będę mogła go tutaj zaprezentować. Do kościoła jechaliśmy baaardzo powoli (bo kierowca uważał na kwiatki!), dzięki czemu czuliśmy się jak vipy. Ludzie machali do nas z samochodów, spoglądali zza przystanków. Ale za to nie wiedzieliśmy jak wjechać na górę, na której znajdował się kościół! (Zjechać swoją drogą też nie, bo pojechaliśmy od prąd
) Ale w końcu się udało. Jak tylko dojechaliśmy, od razu zostaliśmy “złapani” przez wspominaną już przeze mnie telewizję. No to musiało się tak skończyć! Ciągnęli, ciągnęli, ale nie usłyszeli od nas nic, co mogłoby wskazywać, jakoby data została wybrana przez nas ze względu na magię siódemek. Nakręcili, zapisali nasze nazwiska, nakręcili ślub i poszło! Ale przynajmniej babcia mojego Męża (jak to dumnie brzmi!) mogła nas zobaczyć choć przez chwilkę. Chyba sprawiło jej to radość. My czekamy zaś na link na stronie www, to też sobie obejrzymy, jakie z nas gwiazdy!
Ceremonia była piękna. Ksiądz wygłosił piękne kazanie, cały czas czułam, że uroczystość była tak bardzo osobista. Czułam, że wszyscy są z nami – ksiądz, świadkowe, rodzice, rodzina, najbliżsi. Mąż pięknie się uśmiechał, a ja byłam tak niesamowicie szczęśliwa. Oprawa muzyczna ceremonii była wspaniała (szczególnie pani grająca na skrzypcach). Kościół opuszczaliśmy słysząc dźwięki Marsza Mendelsona. A potem ryż, grosiki na szczęście, życzenia…
Wesele udało się w zupełności. Goście chyba dobrze się bawili. Ja do tej pory mam odciski na stopach
. Dj potrafił rozruszać wszystkich. Nie było zabaw, konkursów, bo doszliśmy do wniosku, że nie są one potrzebne. Ale za to był pierwszy taniec, był tort, były oczepiny. Całość wspominam rewelacyjnie!
Dzień minął tak szybko, że nawet się nie obejrzałam, a już byliśmy z powrotem w domu. Z tego miejsca dziękujemy wszystkim za życzenia i ciepłe słowa. Dziękujemy naszym gościom, a szczególnie rodzicom, Kasi, Marzenie, Helenie, Pawłowi, Oktawianowi. Wielkie ukłony dla pani kwiaciarki za cudny bukiet i szybką interwencję
, fotografowi Wojtkowi, ojcom franciszkanom, restauracji Belvedere, panu kierowcy
i wszystkim innym bez których nasz ślub i wesele nie mogłyby być tak wspaniałe!
Trzymajcie kciuki! Zmykamy! Odezwiemy się jutro. No, może pojutrze
.
Z pozdrowieniami, Mysza Klapsiara
Buty postawione na parapecie łapią szczęście i pogodę, a ja stukam notkę dopiero co pomalowanymi paznokciami
. Narzeczony denerwuje się okropnie, ja pewnie równie mocno, ale jesteśmy bardzo szczęśliwi!
Wszystkie formalności dopełnione, byliśmy u przedślubnej spowiedzi (która okazała się bardzo przyjemna), złożyliśmy podpisy na wszelkich możliwych druczkach, dowiedzieliśmy się jakże istotnych spraw organizacyjnych
Dodatkowo uraczeni zostaliśmy wiadomością, że możliwe, że załapiemy się na telewizję! O zgrozo! Robią reportaż o naszej dacie i potrzebna jest im argumentacja, dlaczego ślub właśnie wtedy, a nie kiedy indziej
. I co my im powiemy?
A poza tym wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bukiet zamieniony na inny, pogoda nieco się poprawia, wszystko przygotowane. Tak więc jutro o godzinie 13 proszę o ciepłe myśli. Mysza Klapsiara wychodzi za mąż!!!!!!!!!!
Już tak niewiele. Mam ostatni dzień na relaks. Postanowiłam niczym się dzisiaj nie zajmować, ale sama nie wiem, co z tego wyjdzie
. Bo jak nic nie robię, to za dużo myślę o sobocie, a to powoduje lekkie podenerwowanie. A na dodatek pojawił się właśnie pewien problem z bukietem…. Dosłownie przed chwilką. Moje pomarańczowe kalle zamieniły się w białe
. Narzeczony pojechał je oglądać. Eh! Po południu dam znać, co tam zobaczył
. A ja na chwilę zmykam, bo sama się już nakręcam!
Wszystko już pozałatwiane. Pozostały same szczegóły, ale też niewiele. Musimy jedynie zadzwonić do organisty i pani grającej na skrzypcach, podrzucić do restauracji alkohol, napoje, winietki. Co prawda mam wrażenie, że na pewno o czymś zapomnieliśmy, ale jakoś nie bardzo mnie to stresuje
. W ogóle taka spokojna jestem
, ale pewnie stres mnie dopadnie… w sobotę. A na razie dbam o swoją urodę. Włosy ufarbowane, jutro próbne czesanie, w piątek czas na paznokcie. W końcu muszę być piękna!
…czyli wieczór panieński-kawalerski za nami. Impreza była bardzo udana. Nie wszyscy dopisali, ale ci którzy przybyli, wynagrodzili nam to przynajmniej dwukrotnie (z tego miejsca wielkie dzięki!!!). Był arbuz (który zresztą stał się atrakcją wieczoru
), życzenia, prezenty, futerka, historia jednej miłości, pies pluto
, stawka większa niż życie
i mnóstwo radości, zabawy, przyjaźni. Cieszymy się, bardzo, a za tydzień (no już nieco mniej niż tydzień!) spotykamy się po raz kolejny, chociaż już w nieco innej sytuacji
.
Już tak niedługo. W sumie nieco ponad tydzień. I niby wiem, że przyszła sobota należy do nas
, ale z drugiej strony nie do końca do mnie dociera, że to już tak niewiele czasu. Nie potrafię nawet ogarnąć, co jeszcze pozostało do załatwienia. Cały czas wydaje mi się, że mamy czas, że jeszcze tyle spraw przed nami. A w sumie wszystko mamy już podopinane na ostatni guzik (albo będziemy mieć w przeciągu najbliższych czterech dni
). Sprawa z Dj’em została wyjaśniona. Pan numer dwa
rzeczywiście wydaje się bardziej konkretny, pierwsze wrażenie mówi mi, że źle nie będzie. Przeraża mnie co prawda nieco wizja zabaw weselnych, ale kto wie… może goście będą się nieźle bawić? Najważniejsze, że facet nie narzuca innym swojej wizji wesela i nie będzie robić nic na siłę. O wrażeniach napiszę już niedługo
. Jutro dogrywamy szczegóły w restauracji. Muszę pomyśleć nad usadzeniem gości przy stole, kolorystyką przybrania stołu… Od tygodnia nie potrafimy też wymyśleć, jak udekorować samochód, którym pojedziemy do ślubu. Jak widać zostały same szczegóły. Ale za to potem całość przybierze piękny kształt. Nie mogę się doczekać!
A jednak na niecałe dwa tygodnie przed ślubem nie można mieć spokoju. Wczoraj okazało się, że… zmienił nam się Dj! I niby wszystko jest w porządku, bo na umowie mamy zaznaczone, że imprezę może poprowadzić Dj numer 2, ale sytuacja zmieniła się z dnia na dzień. Jeszcze do wczoraj umówieni byliśmy na przyszłą środę z panem numer 1 i mieliśmy nadzieję, że po paru nieudanych próbach uda nam się wreszcie spotkać. Ale nie… Najpierw przez tydzień nie mogliśmy się do niego dodzwonić. Potem, gdy już odebrał telefon, stwierdził, że musi jeszcze posprawdzać umówienia i do nas oddzwoni. Nie zadzwonił. Narzeczony nie dawał jednak za wygraną i w końcu udało mu się ustalić dogodny termin spotkania. Dotarliśmy na miejsce, ale okazało się, że Dj zaspał i nie dojedzie. Następnym terminem była środa, o której wspominałam, ale chyba nie dane było nam się spotkać
. Wczoraj zadzwonił do nas Dj numer dwa i oznajmił, że to on poprowadzi imprezę. Nic nie wie, nie zostało mu przekazane, ilu gości będziemy mieć na przyjęciu, o której zaczyna się impreza, gdzie znajduje się restauracja… Mam nadzieję, że jutro wszystko się wyklaruje, ale przyznam, że mam pewne obawy. Co prawda narzeczony twierdzi, że przez telefon osobnik numer dwa wydawał się bardziej konkretny od pana numer 1, ale wszystko okaże się za parę godzin.
Ale poza tym jest bardzo pozytywnie! Cieszę się że to już tylko 10 dni. W sobotę impreza panieńsko-kawalerska, w następnym tygodniu dzwonienie i przypominanie o sobie
.
Planowanie, ustalanie, dogrywanie szczegółów i ani chwili wytchnienia
. Wczoraj zastanawialiśmy się nad transportem dla gości. Bo ślub jest w jednym mieście, wesele w drugim, trzeba więc wszystko sprawnie zorganizować. Wersji było mnóstwo – taksówki, busy, dojazd własny, wszystkie te opcje naraz
. Sprawa o tyle trudna, że nie wiemy dokładnie, ile osób przyjedzie swoimi samochodami. Ostatecznie transport jest już zamówiony, wszyscy powinni bez problemu dotrzeć do restauracji. Mam tylko nadzieję, że wszyscy wjadą pod górkę, na której znajduje się kościół. I że miejsce się znajdzie. Bo cyrk będzie na pewno. Śluby od 10 co godzinę… Będzie się działo! A jutro od 14 proszę o trzymanie kciuków. Bronimy się z Kunderą
. Mam nadzieję, że pójdzie dobrze!
Powoli się zaczyna. Niewinnie, ukradkiem dopada wszystkich po kolei. Ja co prawda poza lekkim podekscytowaniem, nie odczuwam żadnych innych “dolegliwości”, ale inni powoli zaczynają się denerwować. A tu jeszcze trzy tygodnie… a może jedynie trzy
. W sumie się nie dziwię i zastanawiam się, kiedy i mnie to dopadnie.
Przygotowania idą całkiem sprawnie. Kwestia alkoholu, soków, wody powoli się krystalizuje. Rekonesans zrobiony, ceny pospisywane, miejsca zakupu (chyba) wybrane. Jutro jak dobrze pójdzie dogrywamy przebieg wesela z dj’em. Nie mamy jeszcze co prawda ustalonego repertuaru ani nawet najmniejszego pojęcia, co chcielibyśmy usłyszeć, ale w końcu długa noc przed nami
. Może się uda…
Wybraliśmy też dzisiaj tort weselny. Miały być truskaweczki, ale w końcu zdecydowaliśmy się na zupełnie inny, w kolorze pistacjowym, trzypiętrowy. Mieliśmy mały problem z wybraniem smaku, bo wybór był duży, ale w końcu stanęło na kremach na bazie bitej śmietany – cytrusowym i sernikowym (?). Mam nadzieję, że będzie smakować gościom, bo mnie smakuje bardzo!
Byliśmy też dzisiaj na spotkaniu w poradni życia rodzinnego. Trochę się stresowaliśmy, bo nie wiedzieliśmy, o czym można rozmawiać przez godzinę z panią psycholog, ale przeleciało szybko. Rozmowa była całkiem przyjemna i chyba potrzebna, bo dowiedzieliśmy się paru rzeczy o sobie. I chyba rzeczywiście dobrze, że przed ślubem można taką rozmowę odbyć. To zawsze wzbogaca.
Dobrze mi…